niedziela, 7 czerwca 2020

Przywództwo zaczyna się od Ciebie.




 Co robić, żeby Twoi ludzie chcieli za Tobą pójść do piekła?  Żeby podchwytywali w lot idee, żeby realizowali cele Twojej organizacji, żebyś miał satysfakcję, ścigając się z nimi w tworzeniu pomysłów, które poprowadzą was daleko ? …

Co zrobić, żeby porywać swoje zespoły, swoich studentów, współpracowników? …
Gdzie kryje się clou przywództwa? … Jak odnaleźć energię, która rodzi się na styku idei, ważniejszych niż podziały i wątpliwości oraz entuzjastycznej wiary w możliwości człowieka?

Przywództwo to energia, która angażuje ludzi we wspólne działanie, energia w której spektrum nie ma miejsca ani na nadmierne drżenia zranionego ego, ani na eksponowanie swojej wybitności. To energia, którą zasila stabilne poczucie własnej wartości.
Nic więc dziwnego, że gdy wiedza i kompetencje lidera nie mają przełożenia na efekty, pojawia się często potrzeba pracy nad wewnętrzna siłą i stabilizacją. Ale jak to zrobić? … Od czego zacząć? … 
Dziś, przedstawiam własny zbiór wybranych teorii i przemyśleń.

Jak wzmacniać poczucie własnej wartości

  1. Przejmij odpowiedzialność za siebie i swoje poczucie własnej wartości – nie stawiaj się na pozycji ofiary, nie zwalaj winy na rodziców – było, co było –  teraz jesteś już dorosły, decydujesz o tym, jak się czujesz, masz prawo i obowiązek, żeby zająć się sobą – rób to więc najlepiej, jak potrafisz. Pamiętaj, że wzięcie odpowiedzialności za siebie dodaje mnóstwo siły – to podstawa osobistego przywództwa.
  2. Rób to, co ma dla Ciebie sens – unikaj angażowania się w aktywności, w które nie wierzysz – poczucie sensu wzmacnia i to bardzo, co zresztą zauważył Viktor Frankl.
  3. Miej świadomość, że jesteś w miejscu, w którym jesteś, bo to wypracowałeś! Szanuj swoje osiągnięcia i od czasu do czasu podziękuj sobie za nie. 
  4. Poznaj swoje niepowtarzalne atuty i buduj na nich. Nie musisz wiedzieć i umieć wszystkiego, całkowicie wystarczy, że masz swoją specjalizację. Rozpoznaj też zadania spoza swojej „strefy mocy” i zleć je innym.
  5. Ucz się nowych rzeczy, podejmuj nowe wyzwania na miarę swoich marzeń, ale w odpowiednim tempie. Pozwól sobie na rozwój w tempie, jakie zarekomendowałbyś przyjacielowi. Nic tak nie osłabia poczucia własnej wartości, jak wymagania niewspółmierne do realiów.
  6. Zmieniaj to, co robisz, a nie to, jaki jesteś! Identyfikuj zachowania, myśli i emocje,  które Ci sprzyjają i te, które Ci szkodzą. Koncentruj się na powielaniu tych „dobrych”.
  7. Szanuj swoje człowieczeństwo i akceptuj swoje błędy (przecież „Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz” )  mniej odwagę zaakceptować prawdęwypisz wnioski, dzięki którym Twoje błędy stają się bezcenne.
  8. Bądź spójny wewnętrznie i uczciwy, żebyś z przyjemnością mógł spoglądać w lustro.
  9. Dokańczaj rozpoczęte inicjatywy, odhaczaj kolejne zadania, pozwól sobie odczuć swoją sprawczość i konsekwencję. Wiedz też, kiedy odpuścić.
  10. Otaczaj się odpowiednimi ludźmi, usuwaj toksyczne relacje. Mów o sobie i innych dobrze.
  11. Dbaj o formę, wygląd i zdrowie.

czwartek, 6 lutego 2020

Życie jak medytacja - medytacja, jak życie (Rozmowa z Henrykiem Szmidtem, część II)

 



Medytacja jest metodą, która pozwala połączyć wysoki stopień zaangażowania i dyspozycyjności, i funkcjonować aktywnie bez uszkodzenia siebie samego, i bez wypalenia zawodowego.

Dorota Nawrotek - Medytacja wchodzi do biznesu, Ty chciałeś wprowadzać ją już dawno, można powiedzieć, że byłeś prekursorem trendu.

Henryk Szmidt - Myślę, że medytacja była zawsze blisko biznesu i osób przed którymi stały znaczące zadania. W dawnej Japonii trening medytacji był włączony do treningu wyższych klas, które rządziły społeczeństwem. Trening europejskiego rycerza też zawierał naukę metod kontemplacyjnych - rycerz przecież spędzał dużo czasu na modlitwach i różnego typu sprawdzianach męstwa. Indianin z Ameryki Północnej, gdy chciał zostać prawdziwym wojownikiem, musiał przejść egzamin, podczas którego wychodził sam na pustynię, gdzie przez wiele dni i nocy nic nie jadł, nie pił i miał różnego rodzaju wizje. Ja chciałem wprowadzać medytację do biznesu już w latach dziewięćdziesiątych, ale było to zbyt wcześnie. Wtedy dużym zainteresowaniem zaczęły cieszyć się treningi dynamiki grup, treningi interpersonalne i warsztaty umiejętności interpersonalnych zakorzenione w nurcie Gestalt, i w nurcie psychologii humanistycznej. Wszystko to było blisko połączone z filozofią medytacji, więc wydawało mi się, że świat biznesu powinien być w naturalny sposób medytacją zainteresowany. A w zasadzie nie tyle świat biznesu, ile ludzie.  Takie osoby, które prowadzą niezwykle intensywny tryb życia i w związku z tym bardzo potrzebują się zresetować, i rozluźnić.

Oczywiście teraz mogą wyjechać na tydzień na Bali, gdzie się ćwiczy jogę, bierze masaże i je marchewkę, ale jeszcze ważniejsze jest opanowanie skutecznej metody, która pozwoli funkcjonować w rozluźnieniu, będąc jednocześnie w strumieniu dynamicznej aktywności i wykonując wymagające zadania. A medytacja jest metodą, która pozwala połączyć wysoki stopień zaangażowania i dyspozycyjności, i funkcjonować aktywnie bez uszkodzenia siebie samego, i bez wypalenia zawodowego.

- Swoje idee wprowadzasz konsekwentnie w życie, medytację wykorzystywałeś przecież współtworząc centrum innowacji dla Mercedesa w Pekinie.

- To było w 2014 roku, po fali coachingu, kiedy medytacja weszła do takich firm, jak Google i Apple, kiedy kody biznesu i korporacji zostały rozluźnione i nie było już obowiązku zakładania garniturów. Ludzi fascynowali Bill Gates i Steve Jobs, którzy pojawiali się w trampkach przed publicznością i siedząc ze skrzyżowanymi nogami trenowali medytację, popularny zrobił się zen. W takim właśnie momencie dostałem kontrakt do Pekinu. Pracowałem tam, jako dyrektor kierujący firmą konsultingową, która miała za zadanie wybudowanie centrum innowacji dla Mercedesa Benz’a i tam jednym z elementów, który wprowadziłem do codziennego życia firmy była medytacja.

- Mam wrażenie, że elementy medytacji wprowadzasz wszędzie, gdzie jesteś.

- Nie wiem, czy wprowadzam elementy, myślę, że medytacja jest częścią składową mojego życia, a więc naturalnie przenika do każdej mojej aktywności. Na przykład, gdy przez wiele lat pracowałem jako coach, a moi klienci, kończąc spotkania ze mną, poszukiwali nowej drogi rozwoju osobistego, która pozwoli im rozwijać się w nieskończoność, to radziłem im medytację, a jeżeli nie byli zainteresowani medytacją, to radziłem im teatr.

- Teatr?
- Teatr jest  też nieskończoną dziedziną rozwoju, a jeśli wpisuje się w tradycję Grotowskiego czy Stanisławskiego, to jest nierozerwalnie połączony z technikami kontemplacyjnymi.  O Grotowskim już mówiłem, warto więc może wspomnieć o Stanisławskim, który bardzo dbał o to, żeby zachować świeżość emocji w teatrze, żeby aktor za pięćdziesiątym razem, tak samo intensywnie, jak za pierwszym, przeżywał wzruszenia, a tym samym wciąż głęboko poruszał widzów. Do teatru wprowadzał więc techniki, które polegały na wzmożeniu stanu świadomości – zalecał na przykład, żeby aktorzy „przyklejali” do pożądanego stanu teatralnego rzeczywistą silną emocję z życia, żeby wyobrażali sobie konkretną życiową sytuację, która wiąże się z tą emocją i żeby się do niej stopniowo zbliżali. Im większa była ilość wystawień, tym bardziej realnie mieli przeżywać określony moment życia, wyobrażając sobie na przykład, że dostali telefon ze szpitala, bo umarł im ktoś bliski, albo że narodziło się im dziecko. Takie i inne techniki przesycone świadomością to teatralna codzienność, aktorowi potrzebny jest przecież duży poziom samokontroli - świadomość ciała, stanu umysłu, emocji i kontekstu. A jeśli dodamy do tego jeszcze fakt, że ostateczna weryfikacja następuje na oczach widzów, co zwielokrotnia i napięcie, i efekty, to zrozumiemy, że teatr jest znakomitym miejscem, żeby się rozwijać.

- Wróćmy do medytacji - załóżmy że dużo o niej czytałam, jestem zaintrygowana metodą i bardzo chcę zacząć medytować. Jak to zrobić?

- Bardzo prosto - usiąść i skierować uwagę na siebie, na własne procesy percepcji i procesy emocjonalne. W rozluźnieniu patrzeć na to, co się z nami dzieje i wyciągać wnioski. Widzieć, ale nie opisywać, nie odwoływać się do narracji, bo medytacja to obserwowanie świadomości, a nie opisywanie obserwowania świadomości.

- Przydałoby się więc wiele uważności i spokoju. A co, jeśli ktoś nie ma tych cech? Czy osoby rozbiegane i nieuważne mogą medytować?

- Oczywiście. Na początek jednak należałoby zapytać, czy u źródeł ich nieuważności nie ma podłoża biologicznego, traumatycznego, rodzinnego - dlaczego są nieuważne?  Sama nieuważność nie jest przeszkodą w medytacji i jest właściwa wszystkim - widziałem mistrzów zen, którzy u mnie w domu rozlewali kieliszki z winem, bo zapomnieli, że je postawili na podłodze. W medytacji oczywiście dążymy do zwiększenia uważności, ale droga do tego celu jest bardzo indywidualna. Legendy głoszą, że Budda utrzymał uważność w dzień i w nocy nieprzerwanie przez trzy lata trzy miesiące i trzy dni. Żeby dojść do takich rezultatów długo ćwiczył z przyjaciółmi. Jednak każdy z nich robiło to inaczej - jeden w zaciśniętych dłoniach trzymał nasiona fasoli i czekał, żeby ta fasola wykiełkowała, drugi wytrwale stał na wysokim słupie. Często ćwiczymy uwagę koncentrując się na oddechu i wtedy najlepszą metodą okazuje się liczenie oddechów. Zawsze możemy też mierzyć czas, przez który byliśmy skoncentrowani, a potem wyliczyć proporcję naszej ciągłości uwagi w stosunku do trzech lat trzech miesięcy i trzech dni Buddy, żeby dowiedzieć się, ile Buddy mamy w sobie. Najważniejsze, żeby ćwicząc ciągłość uwagi, zauważyć, co nas od niej oddala, w którym momencie otwieramy dłoń z fasolą. Z moich obserwacji wynika, że bardzo często zaburza nas strach. Problem doskonale obrazuje opowieść, w której do mistrza zen przychodzi świetnie wyszkolony samuraj i mówi, że chciałby strzelać lepiej z łuku. Mistrz przyjmuje ucznia, sprawdza go każąc mu strzelać do celu, a samuraj trafia raz za razem w środek tarczy. Wtedy nauczyciel prowadzi go na niewielką skałę zawieszoną nad przepaścią, jest na niej tylko tyle miejsca, żeby stanąć na jednej stopie. Samuraj wchodzi na skałę, mistrz każe mu się odwrócić przodem do przepaści, a następnie wydaje polecenie trafienia z łuku do najbliższego drzewa. Zadanie nie jest trudne, ale strach powoduje, że samuraj nie trafia. A więc jeśli zaburza nas strach, to musimy najpierw wypracować metody radzenia sobie z nim w życiu codziennym, bo inaczej nie będziemy robić postępów w medytacji.
- Bywa, że ruchliwe osoby obawiają się medytacji, bo kojarzy im się z pozycją siedzącą, a przecież można medytować w ruchu.
-  Gdy sztywne metody nie działają, to możemy zastosować medytację dynamiczną, żeby zmęczyć umysł potrzebujący ciągłej stymulacji. I takie metody stosuje się od lat.
W kolejnej starej opowieści do mistrza zen przychodzi uczyć się osiłek i na wstępie swojej drogi rozwojowej dostaje polecenie oporządzania zwierząt i sprzątania fermy. Ale mija czas, osiłek nie robi wielkich postępów, więc w końcu zwraca się do swojego nauczyciela: „Mistrzu, ja tu już 10 lat sprzątam podwórko, oporządzam krowy, ale chciałbym w końcu zaznać tej medytacji, o której tyle opowiadasz”. Mistrz chwilę myśli, a potem pyta: „Widzisz ten pięćdziesięciokilowy worek prosa?” - „Widzę”- odpowiada osiłek. – „A widzisz górę na horyzoncie?... No to zarzuć ten worek i biegnij na górę. Jak wrócisz to pogadamy”. Idzie więc uczeń na górę, góra długa, worek ciężki, w końcu wyczerpany padł na ziemię, spojrzał w niebo i wtedy zrozumiał o co chodzi. Wraca więc do mistrza pytając – „Mistrzu, dlaczego ja tu aż dziesięć lat sprzątałem, kiedy to takie proste”? …

- Chyba jednak nie jest to aż takie proste?

- Medytacja jest szalenie prosta, dla tych którzy postrzegają rzeczywistość prosto i skomplikowana, dla tych którzy postrzegają świat w sposób skomplikowany. Jeśli ktoś jest prosty, to osiąga sukcesy błyskawicznie, a komplikowanie sytuacji jest główną przeszkodą w medytacji.

- Co można obiecać adeptom medytacji?

- Nic konkretnego nie obiecywałbym i nie zgadzam się z tak postawionym pytaniem. Nie można kalkulować ile z medytacji dostanę za moje pieniądze, co więcej, takie podejście w sposób dość wyrafinowany zabija relację uczeń - nauczyciel, w której nie zawsze dostajemy to, czego oczekujemy i co było zakontraktowane. Poza tym, gdy zakładamy, że z medytacji mamy mieć dokładnie określone korzyści, to wpisujemy się w paradygmat nieskończonej mocy osobistej, której nie posiadamy. Warto więc zachować zdrowy rozsądek, bo przecież może się zdarzyć, że osoba medytująca nie osiąga swoich celów, ponieważ sama je sabotuje, mogą jej przeszkadzać okoliczności zewnętrzne, a te są niekontrolowalne. No i warto uświadomić sobie, że w rozwoju nie chodzi o konkretne korzyści, a o dynamikę, o to, żeby być ciągle w kontakcie ze sobą i z tym, co się wydarza, i na bieżąco reagować na zmieniającą się sytuację. Od czasu kiedy Sokrates mówił „Poznaj samego siebie” minęło dwa i pół tysiąca lat, a ludzie dalej siebie nie znają. W medytacji zajmij się więc sobą i zobacz, co z tego wyniknie. Może pogorszy ci się sytuacja ekonomiczna, bo dojdziesz do wniosku, że to, co robisz nie ma sensu? Może porzucisz swoją pracę i zajmiesz się zupełnie czymś innym? Ale może przez to spełnią się Twoje marzenia o pełniejszym życiu? A jeśli bardzo uparcie szukalibyśmy tego, co medytacja daje, to powiedziałbym, że zwykle daje zdrowie psychiczne, zwykle, bo nie jest to metoda, która zawsze gwarantuje pozytywne rezultaty. O wiele łatwiej znaleźć to, co medytacja odbiera – a tym czymś są złudzenia. Jeśli więc jesteś zainteresowana prawdą, to w medytacji znajdziesz odpowiedź na wiele różnych pytań, dowiesz się, jak funkcjonujesz, kim jesteś i co możesz. Bo medytacja obdziera nas z nierzeczywistych wyobrażeń na temat nas samych i pokazuje ich iluzoryczność.

- Nie do przecenienia jest więc dobry nauczyciel medytacji.

- Powiedziałbym raczej, że uważny towarzysz, z którym będziesz mogła eksplorować swoje doświadczenia. Nie tak prosto znaleźć kogoś takiego, bo osoby nauczające medytacji zwykle chętniej przyjmują pozycję guru, albo pouczającego nauczyciela. A twój przyjaciel w medytacji to ktoś zupełnie inny, ktoś kto da ci czas i przestrzeń, żebyś użyła doświadczenia, jakie wyprodukowałaś, kto wie, że musisz to zrobić sama, tak jak sama musisz usiąść i medytować. Na koniec opowiem jeszcze jedną historię, tym razem o dwóch tybetańskich mistrzach.  Pierwszy z nich - Milarepa był nauczycielem drugiego, który nazywał się Gampopa . Kiedy Gampopa przyszedł uczyć się medytacji nie był dobrym człowiekiem - mordował, kradł i uprawiał czarną magię. Jednak gdy spędził ze swoim mistrzem kilkadziesiąt lat, zmienił się nie do poznania. „Wszystko już umiesz – powiedział pewnego dnia Gampopa do swojego ucznia Milarepy – więc odprowadzisz mnie do mostu i tam się pożegnamy”.

Ale kiedy znaleźli się na moście i każdy zaczął iść w swoją stronę mistrz zatrzymał ucznia słowami: „Poczekaj, dam ci jeszcze ostatnią naukę”. Gampopa obrócił się, spojrzał na swojego nauczyciela, a wtedy Milarepa, stanął do niego tyłem, zadarł wysoko szaty i pokazał mu gołe pośladki, na których widać było wyraźnie … odciski od medytacji.  Bo medytacja to praktyka, a nie mówienie o niej.

niedziela, 5 stycznia 2020

Życie jak medytacja - medytacja, jak życie (Rozmowa z Henrykiem Szmidtem, część I)

 



Jeśli ktoś jest zainteresowany prawdą, to w medytacji znajdzie odpowiedź na wiele różnych pytań - dowie się, jak sam funkcjonuje, kim jest i co moż
e. Bo medytacja obdziera nas z nierzeczywistych wyobrażeń na temat nas samych i pokazuje ich iluzoryczność.

Dorota Nawrotek - Medytujesz nieprzerwanie od ponad pięćdziesięciu lat, od ponad trzydziestu uczysz medytacji. Charakteryzuje Cię głębokie kontemplacyjne podejście do życia, które łączysz ze współczuciem i szacunkiem dla drugiego człowieka. Skąd wzięły się u Ciebie takie zainteresowania?

Henryk Szmidt - Gdy byłem nastolatkiem i przyglądałem się bacznie światu, zauważyłem, że ludzie fascynują się głównie narodzinami i śmiercią, a zaniedbują życie, które zdarza im się pomiędzy. Postanowiłem więc, że ja zajmę się tym, co pomiędzy – życiem, jego sensem i drogą, która nas prowadzi. Przyglądając się życiu, dość szybko doszedłem do wniosku, że jego sens nie jest nam dany odgórnie, że nie mamy wytyczonej przez opatrzność i ukrytej w głębokim lesie wszechświata własnej ścieżki, która czeka aż ją odkryjemy, że żyjemy w tajemniczej dżungli, w której wyrąbujemy własny szlak. Ten szlak pozostawiamy za sobą, możemy więc zobaczyć przeszłość, która doprowadziła nas do obecnego miejsca, ale przyszłość musimy stworzyć sami - siłą własnej woli, własnych decyzji i intencji. Zauważyłem też, że choć nasza uwaga może być skierowana w przyszłość, przeszłość i  na obecny moment, to jedynym co naprawdę mamy do dyspozycji, jest aktualna chwila. Możemy w niej być, albo niekoniecznie - możemy marzyć, wspominać, odurzać się i robić wiele innych rzeczy, ale naprawdę żyjemy tylko wtedy, kiedy jesteśmy przytomni i świadomi tego, co nam się wydarza w danym momencie. Wykorzystując potencjał chwili nadajemy więc sens życiu. A w to podejście wpisuje się mocno medytacja.

- Pamiętasz, jak to się stało, że zacząłeś medytować?

- To odbyło się dość przypadkowo – jako młody chłopak zagubiony w oceanie konfuzji i emocji, arogancki i ambitny, szukałem rzeczy na miarę mojej arogancji, i nałogowo czytałem. Pewnego razu moją uwagę zwróciła książka, opisująca medytację, jako najtrudniejszą rzecz, którą człowiek może robić. Była to wydana w latach dwudziestych ubiegłego wieku pozycja autorstwa Alexandry David-Néel „Mistycy i cudotwórcy Tybetu”. Zafascynowała mnie opisywana w niej wędrówka autorki przez Tybet, świat brudnych lamów, treningi medytacji i nowe obcobrzmiące słowa - tumo (sztuczne podnoszenie za pomocą medytacji temperatury ciała) i lung-gom-pa (ezoteryczny trening pozwalający przebiec po górskim terenie 100 km dziennie, przesyłając wiadomości z klasztoru do klasztoru). Wtedy zacząłem szukać książek opisujących techniki medytacyjne i medytować. Równolegle zajmowałem się jeszcze wieloma innymi rzeczami - próbowałem treningu interpersonalnego, jogi oczu, tai chi, testowałem, wiele technik rozwojowych, jednak medytacja wygrywała ze wszystkimi tymi aktywnościami i tylko ona przetrwała do dziś.

- Co takiego jest w medytacji, że nieodmiennie Cię fascynuje?

- Świadomość …  nieskończona świadomość, którą przesycona jest każda chwila, a więc badanie świadomości może być zadaniem na całe życie. Oczywiście są też inne ludzkie fascynacje, które mają znak nieskończoności, na przykład nauka, która wciąż dostarcza czegoś nowego, czy sztuka. Jednak, żeby praktykować naukę i sztukę, potrzebne są nam odpowiednie narzędzia i miejsce, a badając świadomość nie potrzebujemy żadnych specjalnych warunków, więc medytacja to dodatkowo bardzo wygodna dziedzina, którą możemy uprawiać właściwie każdym momencie.

- Można nazwać Cię badaczem swojej świadomości?

- Moja pasja nie dotyczy tylko mojej świadomości, ale również tego, jak można pomóc komuś innemu rozwinąć uwagę i uzyskać świadomość. Zajmuję się usuwaniem złudzeń, odkrywaniem tego, co wymyślamy na temat swój i świata. Uważam, że większość ludzkich problemów wynika z tego, że zdarzają nam się rzeczy, których nie rozumiemy,  że jesteśmy zagubieni i doświadczamy emocji, które wytrącają nas z równowagi, a nie wiemy nawet tego, skąd się te emocje pojawiają, więc cierpimy z powodu niewiedzy. Oczywiście pragniemy zmniejszyć to cierpienie i zawzięcie szukamy czegoś, co daje oparcie, dlatego właśnie jesteśmy podatni na różne wierzenia - wierzymy  w astrologię, w przewidywanie przyszłości, w rytuały indiańskie, w anioły i naukę. Nieustannie poszukujemy paradygmatu, który w łatwy sposób wytłumaczy i zmniejszy nasze cierpienie, i uporczywie poszukujemy siebie. Te poszukiwania są jednak też skazane na niepowodzenie, bo nie istnieje żaden tajemniczy posąg który nazywa się „ja”, wiec gdy szukamy siebie, niewiele odnajdujemy – trafiamy na jakieś ślady, cienie, złudzenia, jakieś powody, ale im bardziej je chcemy zobaczyć, tym bardziej one się rozmywają i rozpuszczają. W końcu pozostaje tylko świadomość, która szuka siebie samej i dochodzimy do wniosku, że jesteśmy bardzo wrażliwym odbiornikiem falujących, i pulsujących bodźców, docierających do nas ze wszystkich stron.

- Jesteś niezwykle barwną osobą, bo przecież nie tylko medytujesz, ale i osiągasz sukcesy w wielu innych dziedzinach - zajmiesz się sztuką, biznesem, coachingiem, consultingiem, reagujesz na to, co przynosi rzeczywistość, no i masz w sobie wiele spokoju - taka osobowość może przyciągać naśladowców. Zarażasz pasją?

- Chciałbym zarażać i oczywiście mam swoich uczniów, choć droga medytacji wcale nie jest tak łatwa i atrakcyjna, jak się wydaje. Żeby medytować trzeba bowiem przejść wstępne trudności, pokonać bariery, a jest ich sporo – jedną z nich jest nuda, kolejną zrozumienie, że medytacja to nie ciąg fascynacji. Częsta pułapka, w którą wpadają ludzie to polowanie na niezwykłe stany, które w czasie praktyki mogą się zdarzyć. Jeśli więc ktoś doświadczy uspokojenia umysłu, to już zawsze chce spokojnego umysłu, jak pojawi się ekstaza, to ekstazy, jak wejdzie w trans, to już całe życie chce być w transie, a tymczasem w medytacji czeka go pięć lat śmiertelnej nudy, w czasie których nic się nie wydarza i nie ma żadnych transów.

- Pięć lat to spore wyzwanie, a jednak dużo osób medytuje systematycznie. Czy mógłbyś opowiedzieć, jak wygląda droga adepta medytacji?
- Trudno mówić o jednej drodze, bo w każdym przypadku jest zupełnie inaczej. Zwykle zaczyna się tak, że ktoś słyszał o medytacji, jako o metodzie która pomaga w wielu życiowych problemach i zaczyna praktykę, bo chce sobie pomóc. Na początku każdy ma swoją indywidualną motywację - „Jestem szarpany przez przeciwstawne emocje, których nie rozumiem, a ponieważ medytacja jest źródłem mądrości, to ona pewnie mi wszystko wyjaśni” – myśli jeden.  Drugi ma inny problem, a więc układa sobie w głowie inną narrację: „Piję dwa litry wina dziennie, zaburza mi to świadomość, postanowiłem więc, że względów zdrowotnych, rodzinnych i towarzyskich z tym skończę i medytacja mi w tym na pewno pomoże”.
Nieco później można zauważyć, że medytujący dzielą się na trzy grupy – pierwszą grupę stanowią ludzie poszukujący ekscytujących dziedzin, które mają dostarczyć im wielu wrażeń, ćwiczą więc medytację, podobnie jak nurkowanie, latanie na lotni czy masaże i gongi tybetańskie, a gdy okazuje się, że jest to mniej ekscytujące niż sądzili - odchodzą. Druga grupa osiąga konkretne efekty i odnotowuje wymierne korzyści, ale po roku po prostu nudzi się medytacją i rezygnuje. Jest jednak jeszcze trzecia, bardzo niewielka grupa osób, które doświadczają wejścia w tzw. „strumień”, czy „nurt rzeki” -  medytacja ich wciąga, pochłania i pozostaje wielką pasją do końca życia. Można więc powiedzieć, że to nie my bierzemy medytację, tylko medytacja bierze nas, a wtedy nie ma już drogi do tyłu, świadoma obecność staje się sposobem funkcjonowania i nie można już potem być nieświadomym.  

- Stawiasz znak równości miedzy medytacją  a świadomością?

- Medytacja  jest metodą, a świadomość jest tym, do czego ta metoda nas prowadzi.

-  Od kogo się tego wszystkiego nauczyłeś ?

- Miałem dziesiątki nauczycieli, tych mniej i bardziej znanych. Wśród tych bardziej znanych był Thích Nhất Hạnh - przedstawiciel wietnamskiej odmiany buddyzmu, czyli mahajany, z którym odbyłem kilka odosobnień. Jednak najwięcej czerpałem tradycji tybetańskiej i z tradycji ningma. Fascynujący mistrzowie, od których miałem przyjemność się uczyć,  to Dilgo Khyentse Rinpoche,  Czogjal Namkhai Norbu i Lopon Tenzin Namdak z tradycji Bon, która jest rodzajem religii tybetańskiej. Zawsze też bardzo fascynował  mnie zen japoński. Za jednego z moich najważniejszych nauczycieli uważam Jerzego Grotowskiego, bo moim zdaniem, to czego on nauczał pod pretekstem teatru, to była medytacja. Odbyłem u niego odosobnienie, które nazywało się „Teatr źródeł”. Prowadzili go członkowie jego zespołu, którzy poszukując źródeł pierwotnego teatru w różnych zakątkach świata, dotarli do technik praktykowanych przez pierwotne plemiona. Te techniki przekazywali nam potem podczas tygodniowego odosobnienia. Zrobiło to na mnie tak wstrząsające wrażenie, że trzy dni i trzy noce nie mogłem spać.

- A jak to się stało, że uczyłeś medytacji  w sandze buddyjskiej ?

- To było we Francji. Pojechałem tam w 1981 roku w celach turystycznych, ale nagle okazało się, że w Polsce wybuchł stan wojenny, więc zostałem. Po paru latach, kiedy już byłem zadomowiony i całkiem dobrze mówiłem po francusku, przyjechał do mnie mój warszawski nauczyciel kung fu i Tai chi -  słynny Nam, który chciał otworzyć swoją szkołę pod Paryżem. Odwiedzaliśmy różne miejsca, poznawaliśmy różnych ludzi i tak pewnego dnia dotarliśmy do mieszkania jego znajomych. Zdumiałem sie ogromnie, gdy zobaczyłem pokój, który prawie w całości wypełniał duży czerwony tron. Okazało się, że znajomi mojego przyjaciela to architekci, a tron stoi u nich w domu, bo właśnie malują go dla swojego mistrza. Kiedy zainteresowałem się ich mistrzem, dostałem zaproszenie na spotkanie. Tak znalazłem się w centrum sangi. Powoli poznawałem jej zwyczaje, ludzi, a gdy dowiedziałem się, że nikt tam nie praktykuje medytacji, zaproponowałem, że poprowadzę grupę i tak też się stało. Wydawało mi się naturalne, że początkowo przychodzili do mnie medytować sami Polacy, ale gdy zbyt długo żaden Francuz do nas nie dołączał, zacząłem badać tego przyczyny, a te okazały się zdumiewające – okazało się bowiem, że sekretarka, która zajmowała się planowaniem zajęć, mówiła zainteresowanym, że medytujemy po polsku i nie trzeba nam przeszkadzać. Kiedy wyjaśniłem nieporozumienie, grupa zaczęła się powiększać i moje zajęcia znalazły się w rozkładzie dnia. Nauczycielem medytacji stałem się przypadkowo, bo tak naprawdę nie chciałem być nauczycielem, chciałem medytować - najpierw zresztą tylko siedziałem, dzwoniłem dzwoneczkiem na początek i na koniec sesji,  i proponowałem ćwiczenia rozluźniające.  Ale jak już tak siedziałem i dzwoniłem, to ludzie zadawali mi pytania. A ponieważ miałem pasję do medytacji, przestudiowałem wiele książek, miałem za sobą długą praktykę (medytowałem przecież od czternastego.roku życia) i sam o wiele pytałem w czasie różnych zajęć, to umiałem odpowiadać na te pytania. Potem stopniowo tworzyliśmy zasady, według których powinno się wykładać medytację, powstawały podręczniki, zjawiali się inni instruktorzy, mnie wysłano do Londynu, żebym tam uczył.
Aż w końcu zostałem instruktorem instruktorów.

- Jakie podejście do medytacji jest Ci bliskie?

- Jestem zwolennikiem podejścia, które zaprezentował Patanczali w słynnym traktacie o jodze. Traktat ten ukazał się w 1986 r., w tłumaczeniu wybitnego specjalisty od jogi – Leona Cyborana, w Bibliotece Klasyków Filozofii PWN.  To był mój pierwszy podręcznik medytacji. Patanczali, przedstawiając w nim drogę jogi (bo kiedyś nie było medytacji, była tylko joga), mówi o tym, że do doskonałych rezultatów można dochodzić różnymi sposobami. Jeden z nich to droga ćwiczeń fizycznych (są to asany), kolejny to droga logicznego rozumowania, jest też droga wiary w wyższą istotę i droga świadomości. Moja specjalizacja mieści się w obszarze badania świadomości i w bardzo praktycznym podejściu do doświadczenia, i to mam do zaoferowania tym, którzy się ze mną uczą.

Ciąg dalszy  o medytacji w życiu lidera biznesu i innowatora już wkrótce (20. 07. 20.)

czwartek, 12 września 2019

Prosta droga do kryzysu

 

„ W tym jeziorze mieszka żaba,
wielka żaba na pół draba,
oczy żabie, postać żabia,
wyjdzie w nocy, narozrabia,
zanim minie noc do rana,
porwie Kasię, Sebastiana”
Edmund Nizurski

… ja żabą bywam niestety częściej, niż bym chciała.  
Oczywiście chodzi o żabę, którą żywą wkładamy do garnka i bardzo wolno podgrzewamy, aż uśpimy jej czujność i wyjmiemy ugotowaną.
Temat znany z wielu książek i artykułów - w zasadzie wszyscy wiedzą, co to jest syndrom żaby - nieważne, czy domniemana żaba faktycznie zginie, czy jednak (podobno prowadzono badania) przy pewnej granicznej temperaturze wyskoczy i uratuje sobie życie.
Syndrom, opisywany na żabim przykładzie, jest powszechny i dotyczy pojedynczych osób, firm, a nawet świata polityki.
  
Ocknęłam się parę dni temu, kiedy w czasie żonglowania, zaczęły mi upadać piłeczki i wtedy dopiero zdecydowałam, że pora się zająć szwankującym od jakiegoś czasu lewym barkiem i lewą ręką.
- „Ale się pani dorobiła - powiedział pan Kacper, bardzo mądry masażysta, w którym cała nadzieja (pozdrowienia dla pana Kacpra). Jak długo pani z tym chodzi?”.
Otóż, wstyd się przyznać, ale dość długo. Czułam oczywiście ból i dyskomfort, ale zakładałam, że wszystko się samo naprawi... przecież jestem silna i odporna, więc wytrzymam, nie będę się ze sobą pieścić - gorsze rzeczy przechodziłam i żyję.
Niestety samo nie naprawiło się, teraz potrzebna jest pełna koncentracja na problemie, a powrót do normy będzie mnie pewnie kosztował 
więcej, niż powinien.

Obecne tendencje w świecie rozwojowym mówią: „Będziesz doskonały tylko wtedy, gdy skupisz się na swoich atutach, więc ignoruj słabsze strony. Szkoda na nie czasu, bo one nie zapewnią Ci silnej pozycji w świecie”.
Może nie zapewnią, ale zaniedbane mogą skutecznie wstrzymać rozwój. Niezauważanie słabości czy wąskich gardeł
, to jednak spore ryzyko.
Jeśli nie jesteśmy czujni na drobne słabości, to nawet nie zauważymy kiedy i jak zostaniemy „ugotowani”.
Nie zauważamy, że trochę gorzej się czujemy (a nawet jeśli, to mówimy sobie, że przecież z roku na rok jesteśmy starsi), a więc popadamy w coraz większe kłopoty.
Nie zauważamy, że coraz częściej palimy, podjadamy, pijemy, że gorzej dzieje się w związku, że niepotrzebnie podtrzymujemy niektóre kontakty, więc budujemy szkodliwe nawyki i toksyczne relacje.
W końcu okazuje się, że funkcjonujemy w domach, które nam się nie podobają, otaczamy się ludźmi, którzy nam nie odpowiadają, a życie, które prowadzimy, to nie nasze życie.

Temat dotyczy też świata biznesu - wystarczy, że nie reagujemy na pogarszające się relacje w firmie (co odbija się na jakości produktów i wizerunku przedsiębiorstwa), na to, że nieznacznie spadają jej przychody.
Czyżbyśmy liczyli na cud?
Cuda zdarzają się rzadko, więc lepiej póki czas zainwestować w szkolenia, konsulting, wdrożyć sensowny proces naprawczy.
Co prawda firmy często wykorzystują kryzys, jako impuls do zmiany, ale czy nie rozsądniej wprowadzić zmiany na czas i nie dopuścić do eskalacji kryzysu?...
A jeśli już poruszamy się po obszarze biznesowym, to warto pamiętać, że koncentrując się na wytworzeniu produktów bardzo wyspecjalizowanych, zaniedbujemy często marginalne obszary działalności, które mogłyby przynieść dodatkowy zysk. Znam parę firm, które prosperują nieźle właśnie dlatego, że postawiły na poszerzenie spektrum usług i obsługują klienta kompleksowo.

- Czy w kontekście kompetencji pojedynczych ludzi może być podobnie?...
Na pewno trudno być dziś Leonardem Da Vinci, ale chciałabym, żeby lekarz od mojego lewego barku znał się trochę na kręgosłupie, trochę na ludzkiej psychice i żeby miał opanowane choćby podstawy komunikacji z pacjentem. Zresztą, jeśli nie zauważa swoich braków, zwykle wiele traci w oczach pacjentów.
A tymczasem obecnie królujący trend ekspercki jest bardzo daleki od renesansowej wszechstronności.
Doceniamy ludzi młodych, kreatywnych o wąskim specjalistycznym wykształceniu, zapominając o tych, którzy mają szerokie doświadczenie, a tym samym perspektywiczne spojrzenie na wiele zagadnień.
Nawiasem mówiąc chyba niechcący uzasadniłam krystalizujące się tendencje i zapotrzebowanie na mentoring.


Ale 
wróćmy do żaby, która raczej mentorką być nie może, bo sama sobie nie radzi, nie zauważa zmian otoczenia (uważność), nie czuje, gdy rośnie temperatura i nie wykształca właściwych zachowań, więc ginie.
 
- Jak nie być taką żabą? …
- Co zrobić, żeby wyostrzyć zmysły i w porę zauważać to, co niekoniecznie nam służy?
- W jakich obszarach musisz wzmóc czujność?

Pewnie doskonale to wiesz, a jak nie, to zastanów się, co podpowiada Ci intuicja.
- Czy naprawdę jesteś zadowolony/a ze wszystkiego, co dzieje się w Twoim życiu/ w Twojej firmie?   

A może zatrzymasz się na chwilę, zidentyfikujesz słabe punkty i jak najszybciej (powtarzając za Brianem Tracy) „zjesz tę żabę”.
Najpierw najwstrętniejszą ...

A może masz własny pomysł i na swój sposób uporasz się z tematem?

piątek, 3 sierpnia 2018

Rytm życia – wakacyjne refleksje



 Joanna napięta do granic możliwości ma ogromną potrzebę sterowania wszystkim dookoła –  medytacyjne  ćwiczenie, którym usypiam nawet studentów, tylko ją rozdrażnia. Ona musi szybko, dużo, konkretnie – dużo słów, dużo myśli, dużo pytań („no, zadawaj mi już te pytania!”) – sukcesy, efekty, działania, tylko to się liczy. Będzie zdyscyplinowana na maksa, a swój poziom kontroli (na każdym polu – ciało, duch, emocje, intelekt) ocenia na ponad 90%. Niestety czasem coś się wymyka i to jest przerażające. Ale efekty osiąga. Tylko, co ją do mnie przygnało? … Czemu nie jest w stanie posiedzieć chwilę w ciszy? …

„Jak to się dzieje, że moja wątroba pracuje w szaleńczym tempie?” – dziwi się.

Tomek chce wystąpienia publiczne opanować już – to kolejna niezbędna umiejętność. Powiedz mi, daj receptę – byle szybko, bo mało czasu.
Bo z drugiej strony prestiżowa praca, obowiązki, wyzwania, rodzina.
Więc natychmiast. Jedno spotkanie, no może drugie, trzecie i szybki efekt – tak musi być, „inaczej jestem niepełnowartościowy”.

Monika była już na kilkudziesięciu spotkaniach rozwojowych, ale wciąż szuka, więc jeszcze pojedzie na jeszcze kilka. Bo może dodatkowe spotkanie to będzie właśnie to inspirujące … ? 

Artur wciąż się spieszy, non stop on – line, non stop maile od pracowników, kontrahentów, no i ciągłe telefony. Kiedyś zatrzymała go policja za to, że prowadząc samochód rozmawiał przez komórkę, ale najpierw szybko dokończył reprymendę dawaną pracownikowi, a dopiero potem zwrócił uwagę na zdenerwowanego, stojącego obok policjanta.

Basia dzwoni do mnie z samochodu – jej policja nie zatrzyma – ma zestaw głośnomówiący, przecież tylko w samochodzie ma czas, żeby pozałatwiać prywatne telefony. Ze mną umówiła się, między 7.30 a 7.50 rano. Potem ma jeszcze zadzwonić do dwóch osób. Wymieniamy zdania w szaleńczym tempie – zaraz praca, za tydzień ekstra luksusowe wczasy za granicą… tylko szybko się trzeba spakować, szybko zwiedzać, szybko odpoczywać… 


Znacie? A może utożsamiacie się z którymś z bohaterów?…No cóż, niech ten, kto bez winy rzuci kamień. Tyrania nadmiernej dyscypliny, szaleńczy pośpiech i głód osiągnięć dotyczą też oczywiście mnie – n-te studia, zaliczone na szybko książki, kursy i szkolenia, działanie na każdym polu i w na maksymalnych obrotach … Istny obłęd.

Ktoś kiedyś powiedział, że nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, tylko o to, żeby go gonić. Zasadę potwierdza neurobiologia – gdy oczekujemy na spełnienie swoich pragnień układ limbiczny w mózgu uruchamia tzw. system nagrody. W efekcie wtedy właśnie (oczekując na nagrodę, a nie w momencie spełnienia) jesteśmy najbardziej podekscytowani, aktywni i mamy najwięcej energii.
Osiągniecie celu powoduje, że szybko opadają nam pozytywne emocje i ubywa siły do działania.
Wiec może napięcie, nadmierna kontrola, nadaktywność, perfekcjonizm, pośpiech to w jakimś sensie wyznacznik ludzkiego postępu?…



Często bywa też tak, że w danym momencie przerasta Cię tempo i przytłacza chaos, a za moment  dziwisz się, jaką drogę udało Ci się pokonać, jak połączyły się Twoje „kropki” (wspominając słynne wystawienie S.Jobsa na Uniwersytecie w Stanford) i masz wrażenie, że dzięki Tobie bogatszy jest świat.
Bo przecież wszystkie osoby, o których pisałam, osiągają bardzo wiele.
I to jest fakt. A to, że są też bardzo zmęczone, bo funkcjonują na skraju wytrzymałości, to kolejny fakt.
No i oczywiście często słyszą – „zabijesz się, odpocznij, zwolnij, oddychaj, medytuj, bądź tu i teraz”.
I co z tego wynika?… Nic.
A właściwie gorzej niż nic, bo niektórzy pełni wyrzutów sumienia, że nie oddają się medytacji, mindfulness, że za mało się ruszają, do przepełnionego dnia, dodają punkt pt. joga/ siłownia/ bieganie (wpisz dowolne) i w ogromnym stresie, angażują się w kolejną aktywność, która zabija wyrzuty sumienia, że nic nie robią dla siebie. No bo przecież „chodzę na jogę”, tyle, że taka joga, to raczej zaprzeczenie filozofii jogi.
 …

Co ciekawe, zwykle twierdzimy, że wiemy, kiedy nam dobrze, a kiedy nie. Że decydujemy o tym, kiedy „pojechać na autopilocie”, a kiedy się zatrzymać.
Wszystko do czasu, aż nadchodzi traki moment, w  którym gubimy umiejętność „naciśnięcia hamulca”?

Bo jeśli przez jakiś czas trzymasz nogę na gazie, to w końcu nie zauważasz tempa i rozpędzasz się coraz bardziej. Coraz więcej aktywności, pracy, treningów, luksusowych sprzętów, stanowisk, imprez, wyjazdów… Można tak w nieskończoność.

A gdzie wnioski? Rady? Przykazania? 
Złotych myśli i cudownych rad tym razem nie będzie.
Słyszałeś je już przecież tysiące razy. 

czwartek, 5 października 2017

Jak zadbać o mózg






 „ Z moich doświadczeń wynika, że zdrowy mózg wiąże się ze skutecznym, nastawionym na realizację celów zachowaniem. Ludzie ze zdrowym mózgiem są przeważnie najlepszymi pracownikami, najlepszymi mężami, żonami, najlepszymi rodzicami, przyjaciółmi i obywatelami.”


Daniel Amen
















Lubię powroty do książek – wracamy przecież tylko do książek najwartościowszych, najważniejszych, takich które zapisały się szczególnie w naszej pamięci.

Jedną z takich książek jest pozycja amerykańskiego psychiatry, klinicysty i specjalisty badań obrazowych mózgu Daniela Amena „Zadbaj o mózg” – jedna z najciekawszych książek o mózgu, jakie czytałam.

To z tej właśnie książki dowiedziałam się parę lat temu, że dzieci nie należy wysyłać na zajęcia piłki nożnej, ani na żadne inne, które mogą skutkować nawet niewielkimi urazami głowy, to z tej lektury zapamiętałam zdjęcia zeskanowanych ludzkich mózgów uszkodzonych na skutek  urazów, nadużywania alkoholu, czy narkotyków. To z niej dowiedziałam się także, że o mózg można dbać tak samo, jak o mięśnie, a odwdzięczy się regeneracją i w znacznym stopniu naprawi wcześniejsze zaniedbania.


„Zadbaj o mózg” to książka popularnonaukowa – napisana niezwykle lekko, jak na przytaczaną w niej ogromną ilość fachowej klinicznej wiedzy, badania i studia konkretnych przypadków chorobowych. Prawie 20 z 400 stron pozycji zajmuje bibliografia i słownik pojęć medycznych, 15 stron obejmują porady dla lekarzy klinicystów. Wydawałoby się, że przebrnięcie przez nią będzie nie lada wysiłkiem, tymczasem ja przeczytałam ją „jednym tchem”, z trudem  odrywając się aby wypełnić zwykłe obowiązki.

Książka Amena ma dwuczłonową budowę – w pierwszej części poznajemy najnowsze osiągnięcia neurobiologii, dotyczące funkcji mózgu, znajduje się tam również test pomagający ocenić sprawność poszczególnych układów naszego mózgu, abyśmy mogli korzystając z drugiej – poradnikowej części książki, wspomóc optymalnie funkcjonowanie swojego centrum dowodzenia.

Autor przekonuje czytelnika, że z całą pewnością można zmienić swój mózg, a co za tym idzie swoje życie, bo od sprawności naszego mózgu zależy nasze funkcjonowanie na każdym polu - zawodowym i osobistym. Na podstawie wieloletnich badań stwierdzono, że „normalność jest mitem, a zdrowe mózgi są rzeczywiście rzadkością” pisze Daniel Amen,  toteż profilaktyka zmierzająca do ochrony mózgu jest zalecana każdemu i w każdym wieku. 
Czego więc powinniśmy unikać? Oczywiście wszelkich urazów głowy – okazuje się bowiem, że nawet te pozornie niewielkie pozostawiają w naszym mózgu trwałe ślady, a większe skutkują często nawet zmianami osobowości. Jeżeli mózg ma konsystencję galaretowatą, a czaszka wyposażona jest od środka twarde grzebienie kostne, to łatwo sobie wyobrazić, jak szybko, nawet przy niewielkich wstrząsach, dochodzi do uszkodzeń tkanki mózgowej.

Trwałe zmiany w naszym mózgu mogą wywoływać również urazy emocjonalne, stres, niedosypianie, czynniki toksyczne - kofeina, papierosy, narkotyki, a nawet opary farb. Nie bez winy jest również alkohol – szczególnie ten pity przed 25. rokiem życia, bo do 25 roku życia rozwija się ludzki mózg. Po tym okresie alkohol aż tak bardzo nie szkodzi – pity z umiarem, raz na tydzień, może nawet zmniejszać ryzyko otępienia aż o 70%, gorzej jeżeli pijemy alkohol codziennie, nawet w niewielkich ilościach – dochodzi wtedy do stopniowego zmniejszania się wymiarów mózgu, a tym samym znacznego upośledzenia  jego funkcjonowania. 

No dobrze, wiemy już co nam szkodzi, ale co możemy robić, żeby pomóc mózgowi zregenerować się? Dr Amen poleca niskokaloryczną dietę bogatą kwasy omega – 3 (ryby, tran), picie dużych ilości wody (mózg w końcu w ok. 80% składa się z wody), zieloną herbatę. Warto stymulować mózg – wciąż się uczyć nowych pasjonujących rzeczy, odwiedzać nowe miejsca, otaczać się inspirującymi ludźmi, ograniczyć oglądanie telewizji i siedzenie przed komputerem.

Kolejny czynnik sprzyjający regeneracji mózgu to systematyczne ćwiczenia fizyczne, które są podstawą profilaktyki problemów pamięciowych związanych z wiekiem - regularny ruch chroni przed demencją, zwiększa sprawność pamięci i wspomaga koncentrację. Daniel Amen, jako antidotum na problemy dotyczące mózgu, poleca także specjalne ćwiczenia koordynujące jego pracę i .. regularne współżycie seksualne.

Niezwykle ważny element wspierający zdrowie mózgu, to świadoma zmiana sposobu postrzegania rzeczywistości, trochę pozytywnych myśli każdego dnia, bo  „Zmieniając sposób myślenia, zmieniamy mózg.” Nie można zapomnieć też o eliminowaniu lub choćby łagodzeniu stresów – tu też każdy z nas też ma duże pole do popisu.

No i jeszcze muzyka usprawniająca pracę mózgu (w tym osławiony Mozart), a także wszelkie formy uprawiania sztuki – malarstwo, fotografia, poezja.

Autor poleca również uzupełnianie diety witaminami – głównie B, C i E oraz preparatami, wśród których są m.in. wyciąg z miłorzębu, koenzym Q10 i  L- karnityna.

Cześć poradnikową książki kończy propozycja przeprowadzenia 15-dniowego programu regeneracji mózgu.


Jestem bardzo daleka od restrykcyjnego poddawania się zaleceniom jednej książki, niemniej jednak myślę, że przytoczone w niej stosunkowo aktualne źródła naukowe (książka po raz pierwszy ukazała się w 2005 roku), nowoczesne badania z wykorzystaniem medycyny nuklearnej oraz poważny analityczny przegląd zagadnień dotyczących mózgu, to solidna podstawa, żeby tej publikacji przyjrzeć się z należytą powagą. Dlatego też, z ogromnym przekonaniem, że warto, że powinnam, że mamy o co walczyć – zamieszczam krótką recenzję tej książki na moim blogu i serdecznie polecam.



A jeśli nawet nie chcemy przejmować się tym, co napisał autor jednej książki, to i tak jego zalecenia sprowadzają się do tego, czego uczą nas lekarze, psychologowie, dietetycy – od lat wiadomo, że „w zdrowym ciele zdrowy duch”, a sposoby utrzymania zdrowia (ciała czy ducha, czy mózgu) okazują się tak naprawdę uniwersalne.

czwartek, 5 maja 2016

Marchewkij, czyli lekcja wystąpień publicznych.

 




                                                                                                                                                "Miarą mówcy nie jest ten kto mówi,

lecz ten co słucha".

Platon


Miniony weekend - 22 i 23 kwietnia spędziłam w Lublinie na Ogólnopolskiej Konferencji Naukowo - Szkoleniowej „Coach, Trener, Doradca zawodami XXI wieku”, a konkretnie na trzeciej edycji wydarzenia przebiegającej pod hasłem „Przedsiębiorczość z pasją”. http://konferencjactd.pl/
Przez dwa dni pochłaniałam nowe informacje i inspiracje, poznawałam wiele interesujących teorii i poglądów, a to wszystko w środowisku, w którym czuję się doskonale – wśród  ludzi otwartych na rozwój i wymianę doświadczeń.
Jestem pełna podziwu dla organizatorek przedsięwzięcia -  Karoliny Żmudzkiej – Dyrektor Oddziału Lubelskiego Izby Coachingu, Magdaleny Banks i Karoliny Dąbrowskiej. Świetne młode kobiety, świetna konferencja. Wszystko dopięte na przysłowiowy „ostatni guzik”.
Zachwyty mogłabym mnożyć jeszcze długo - pisać o pysznym jedzeniu, zestawach konferencyjnych w firmowych płóciennych torbach, after party (tu szczególnie dużo bym mogła;))… Ale może niech coś pozostanie niedopowiedziane, bo bez odrobiny tajemnicy, nie ma ekscytacji, co słusznie zauważył pewien miły kolega :)

Za to przejdę do tego, co mnie 
szczególnie pasjonuje i w czym się specjalizuję, czyli do tematu wystąpień publicznych. 
Jako trener i coach, wykorzystuję swoje dziennikarskie kompetencje i z ogromną radością, ale również  z niezłymi efektami, wspieram ludzi w zagadnieniach z tego obszaru.
Konferencja była więc dla mnie nieocenionym doświadczeniem poszerzającym spojrzenie na temat, który jest dla mnie ważny i bliski.
Bo różnych wystąpień obejrzałam aż dziewiętnaście, a właściwie dwadzieścia, jeśli policzę świetne krótkie przerywniki wprowadzające w temat, czyli tzw. konferansjerkę.  
Doskonale dobrani doświadczeni prelegenci prezentowali naprawdę wysoki poziom - widać było ich duże obycie sceniczne i umiejętności komunikacyjne.
Ale jak wiadomo nigdy nie jest tylko pięknie i słodko, różni ludzie są różni i różny jest ich odbiór. Jednych odbieramy lepiej, innych 
(nawet najwybitniejszych) gorzej, to nieuniknione. Oczywiście ja też, z pełną świadomością własnej stronniczości, pozwalam sobie różnicować i po swojemu oceniać występujących. 

Szczególnie ważnym kryterium oceny jest dla mnie posiadanie pewnej unikalnej kompetencji, która powoduje, że jednych mówców ludzie obdarzają  uśmiechem i słuchają uważnie, a drugich niestety nie. Ta kompetencja to umiejętność budowania ciepłej relacji między występującym a publicznością, to życzliwa energia, która pozwala osobie siedzącej na widowni poczuć się równorzędnym partnerem wydarzenia.
/Na marginesie dodam, że życzliwość, jaką okazujemy słuchaczom sprzyja też prowadzącemu - w magiczny sposób odstresowuje, no i oczywiście stanowi nieodłączny  element składowy charyzmy./
Dobrą energię prowadzącego doskonale się czuje, a więc w czasie konferencji bez trudu zauważałam osoby nawiązujące szczególnie ciepły kontakt z widownią, a także tych którzy wiedzieli, co mają powiedzieć, jak się ubrać i poruszać, ale nie pamiętali o tym, że podstawą dobrych relacji ze słuchaczami jest sympatia i szacunek. A może SZACUNEK i sympatia? …
W tym miejscu, pomijając nazwisko mojego prywatnego antybohatera, przez którego czułam się nieszanowana, podam zdobytą na konferencji cenną instrukcję: ”Jak łatwo zrazić słuchacza” . Uwaga, punkt pierwszy - zacząć po ojcowsku: „I co ja wam powiem dzieci”, punkt drugi - rzucić parę wulgaryzmów i  niewybrednych żartów, punkt trzeci - pokazać ego... Wystarczy.
Ale ponieważ antybohatera miałam tylko jednego (jeden na dwudziestu prelegentów to doskonała proporcja), ponieważ wolę koncentrować się na dobrych przykładach, to z rozrzewnieniem wspominam cudowną, ciepłą i naturalną osobowość  Pana Profesora Andrzeja Bliklego (nie umiem napisać inaczej, niż wielkimi literami). Mnie i nie tylko mnie Pan Profesor ujął już w momencie wejścia na scenę - pierwsze słowa i pierwszy lekki uśmiech wystarczyły, żeby odczuć jego życzliwość.
Cenię też niezwykle partnerski, ładny i bardzo merytoryczny przekaz Rafała Kołodzieja (który mówił o design thinking) oraz każde z wejść prowadzącej imprezę Moniki Madejskiej i jej partnera Mirka Urbana.
I jeszcze prowadzącą warsztat "Warm - up" (bo można było też brać udział w warsztatach) Anię Kerth. 
Takich dobrych przykładów mogłabym mnożyć znacznie więcej, ale nie o to chodzi. Chodzi o wyodrębnienie cech mówców, które są szczególnie cenione przez słuchaczy.
Na kolejną z nich zwrócili mi uwagę uczestnicy konferencji. Otóż ludzie cenią prelegentów, którzy wiedzą o czym mówią. Odbiorcy od razu zauważają, kto ma praktyczne doświadczenie i wierzą mu. Bo prawda broni się sama, bo zwykle nie chcemy słuchać skomplikowanych teorii, bo poszukujemy autorytetów - osób które zweryfikowały książkowe mądrości. Do takich osób zalicza się choćby wspomniany już przeze mnie Profesor Blikle, ale również Małgorzata Fryszkiewicz, Mariusz Cyzio czy Rafał Kołodziej.  
A skoro wiemy już, co zrobić, żeby ludzie nam wierzyli i wiemy co robić, żeby nas darzyli sympatią oraz chętnie słuchali, to pozostaje zapytać - co zrobić żeby nas zapamiętali?
Warto odwołać się tu do podstawowej zasady zapamiętywania - przypomnieć, że pamięć wspomagają obraz, akcja i emocje. O akcji i emocjach w kontekście wystąpień publicznych mówi się dość często, więc ja zatrzymam się na obrazie, bo jak zauważył Tony Buzan – myślimy obrazami.  
I znów muszę powiedzieć, że wszyscy prelegenci konferencji zadbali o obraz – widzieliśmy dopracowane prezentacje multimedialne, oczywiście jedne bardziej inne mniej czytelne, zdarzał się nadmiar słów i definicji, ale były też piękne zdjęcia i wymowne hasła oraz cytaty. To już standard do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
A ponieważ ludzki umysł w wielości informacji wyłapuje te nieszablonowe, to wśród wielu podobnych wystąpień w pamięci zostały mi dwa wyjątkowe, które przekładały się na nietypowe obrazy.
Pierwszy z nich tworzyła nieco inaczej zaaranżowana przestrzeń w czasie prelekcji Małgorzaty Fryszkiewicz (postawione na środku sali fotele, w których siedzieli prelegentka i towarzyszący jej gość) oraz niedoskonały jakościowo, a przez to bardzo prawdziwy film z rekomendacjami coachingowych klientów. Coś, co było inne niż pozostałe wystąpienia.
Ale chyba najmocniej zapadł mi w pamięć obraz stworzony przez Profesora Bliklego – wykonany z drewnianego kija baseballowego „marchewkij” (na zdjęciu), prezentujący sztandarowe przesłanie, które zapamiętali pewnie wszyscy – „ każda marchewka służy tylko do tego, żeby zrobić z niej kij” (w kontekście zarządzania ludźmi oczywiście). 

Długo jeszcze mogłabym wspominać konferencję, mnożyć przykłady i analizować kolejne zagadnienia – kto tryskał humorem, kto mówił mniej lub bardziej płynnie, omawiać rzeczy istotne i mniej istotne, ale jak wiadomo lepiej mniej niż więcej, więc dziś zakończę trzema radami dla potencjalnych mówców:
1.       Pamiętaj, żeby szanować i lubić ludzi do których mówisz – każde wystąpienie, nawet przed dużą widownią, to przecież relacja, a relacja jest doskonałym narzędziem sprzedaży, daj się więc polubić i kupić ;)
2.       Zastanów się, jakie masz doświadczenia w omawianym obszarze i nie bój się o nich mówić – książkowe prawdy i definicje to dobry punkt odniesienia, ale ludzie przychodzą słuchać Ciebie.
3.       Znajdź swój „marchewkij” – czymś się wyróżnij! Może warto czasem podjąć wysiłek, którego nie podejmie nikt inny i być zapamiętanym dłużej i lepiej?...
 
To tyle w temacie konferencji.
Następny wpis poświęcę modnemu obecnie storytellingowi. Metodę mniej lub bardziej świadomie stosujemy prawie wszyscy – ja też stosowałam ją od lat (nie znałam wtedy jeszcze nazwy storytelling) i to z wymiernym efektem, bo storytelling pomógł mi zbudować firmę… 

Zmiana zasad - poradnik lidera

  - Jak mam zmienić zasady, skoro pracownicy przyzwyczaili się do tego, co było? Jak oni mnie potraktują, jeśli powiem, że to, co robiliśmy ...